Marto, Marto…

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. A Pan jej odpowiedział: „Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”. (Łk 10,38-42)

Był rok 1886. Znany wówczas polski malarz Henryk Siemiradzki w Rzymie wśród artystycznej polonii tworzy jeden z najpiękniejszych obrazów pt. Jezus w domu Marty i Marii. Dzieło szybko zostało zakupione przed samego cara. Obraz niesamowicie wspomaga naszą wyobraźnię. Dlaczego Jezus lubił przebywać właśnie w tym domu? Sceneria, jaką wymalował Siemiradzki, z pewnością miała dać nam odpowiedź. Zapach róż, cień i kojąca zieleń, śpiew ptaków. Oaza spokoju pośród pustynnych dróg i skalistych gór, jakie przemierzał Jezus w drodze do Jerozolimy. Raj na ziemi. Sentymentalny powrót do piękna stworzenia. W takim otoczeniu pisze się dzisiejsza scena. Dom w jakim Pan zastaje dwie siostry, które na jego obecność reagują w odmienny sposób. Marta pragnie ugościć strudzonego wędrowca, uwijając się jak ukropie. Maria zdaje się być zaciekawiona samym Jezusem, do tego stopnia, że zostawia wszystko. Siada przy nim. Słucha. Patrzy. W pewnym momencie Marta nie wytrzymuje tej sytuacji i przy Jezusie chce skrytykować siostrę za jej obojętność.
Jezus przemawia do niej w charakterystyczny sposób. Dwa razy wspomina jej imię. Tak robił zawsze, gdy kogoś powoływał, gdy radykalnie zmieniał jego życie. Jakby w tej samej chwili mówi do starej i nowej Marty. Jakby ją obudzić z jakiegoś letargu. Zobacz! Ja jestem!
Wymowne jest to, że Marta pozostaje w oddali, na drugim planie, podczas gdy pokornie słuchająca Maria jest bardzo blisko Jezusa. Jest jeszcze jeden cichy bohater tej sceny. To gołębie, które wydziobują ziarno znajdujące się jakby na drodze, po której wielokrotnie przechodzi Marta, usługując swemu zacnemu gościowi. Co to znaczy? Marta, choć jest blisko, nie widzi Jezusa. Żyje życiem zastępczym, nie pełnym. To życie rodzi frustracje, złe emocje. Choć cel jest szczytny, to coraz bardziej znika z horyzontu miłość, radość i pokój. Ptaki wydziobują ziarno, które Jezus przyniósł właśnie Marcie! To z ziarna jego słowa rodzi się chleb, z niego zaś siła do życia i pracy. Maria sercem odczytała moment zbierania ziarna. Zbiera je będąc blisko ust, które je rodzą. Ta mowa jest słodsza niż miód, bardziej wonna nad zapach róż.
Nie da się Boga zobaczyć w pośpiechu. Nie da się pokochać kogoś, gdy jest się z nim na niby. Maria czerpie radość z chwili, którą ma. Ona może się nie powtórzyć. Zapewne i Ty masz w sobie coś z obu sióstr. Jest w każdym z nas nieustannie tętniący konflikt między aktywizmem i statycznością, między pracą a modlitwą. Mistrz życia duchowego św. Benedykt umiał doskonale to połączyć w swej regule zakonnej. Te dwa słowa stanęły u podstaw życia zakonnego przeniesionego na zachód Europy w V wieku.
Czy Ty godzisz to co ważne w Twoim życiu z obecnością Boga? Czy nie schodzi on niebezpiecznie na obrzeża Twojej codzienności? Czy nie mówisz mu zbyt często- jutro, kiedyś, potem? Czy dobrze wykorzystujesz czas, gdy jesteś z Jezusem bardzo blisko na niedzielnej Eucharystii? Wtedy Bóg hojnie rozsypuje ziarna swej miłości, swego słowa i dobrych natchnień. Czy nie jesteś wtedy nadal w swoim świecie, przy swoich sprawach? Nawet w kościele można być daleko od Boga! Zrób dziś bilans zysków i strat, jakie wynikają z tego, że nie walczysz o chwilę dla Boga każdego dnia. Może właśnie to jest ta cenna cząstka, którą warto odnaleźć aby nadać smak swemu życiu jak sól dodaje smak potrawie. Nie musi być jej dużo. Ważne, że jest. A my? Jesteśmy dziś zbyt zabiegani, zbyt zapracowani… by się nie modlić. Odnajdź w sobie prócz pracowitej Marty również radość Marii.

KS. ADAM KIERMUT