Cymbał brzmiący

    Zobaczyć swoją słabość? Trudne. I ja, i ty zapewne coś o tym wiemy. Niestety właśnie przez ten „trud” tak często nie potrafimy paść na kolana i odkrywać – krok po kroku – swojego brudu przez Panem. Podczas konferencji głoszonej przez niesamowitego ojca jezuitę usłyszałam coś, co zmieniło moje podejście do odkrywania siebie. Ksiądz opowiadający o modlitwie powiedział, że jeśli chcemy na modlitwie czynić postępy, musimy spuścić wodę z naszego stawu. Co się wtedy stanie? No tak, zobaczymy, ile śmieci znajduje się na dnie. Śmieci nagromadzonych przez dni, miesiące, lata… Ten „obraz” początkowo mnie przeraził. Pomyślałam bowiem, że w moim „stawie” ukryta jest cała metropolia. Owszem, wszystko będzie działo się powoli. Najpierw zobaczę czubek wieżowca, potem kolejne wybite okna, aż w końcu – z Bożą pomocą – dojdę do parteru i piwnicy. To na tej drodze mój Przyjaciel Bóg chce mi pomagać. Jest najlepszym formatorem, nauczycielem, mistrzem.

    W Szkole Nowej Ewangelizacji mamy zwyczaj przeprowadzania ekip formacyjnych. Na początku każdego kursu ewangelizacyjnego osoby posługujące spotykają się na spotkaniu, podczas którego omawiamy swoje obowiązki i planujemy rozpoczynający się dzień. Na tym nie koniec. Spotykamy się też każdego wieczora, by wspólnie zastanowić się nad tym, czy pracowaliśmy pod kątem celu i by dziękować Bogu za to, co danego dnia uczynił. Ekipa to czas formacji. Pewnego dnia podczas adoracji Najświętszego Sakramentu zdałam sobie sprawę z tego, że Jezus, który jest najlepszym formatorem chce na takiej „wieczornej ekipie” spotykać się z każdym z nas. Co to znaczy? Rachunek sumienia. Czas, gdy mogę wspólnie z Bogiem usiąść i zastanowić się nad tym, czy tego dnia pracowałam w Jego winnicy pod kątem celu. Wrócić do konkretnych sytuacji i zapytać, czy kochałam, czy służyłam.
Długo uciekałam przed regularnymi „ekipami formacyjnymi” sam na sam z Panem. Mówiłam sobie: „potem”, „jutro”, „kiedyś”. Rachunek sumienia był w moim wydaniu za każdym razem był żenujący. W samochodzie w drodze na spowiedź, na rowerze, przed podejściem do kratek konfesjonału.

    Jednak Bóg, który kocha i z miłości kompromituje, ukazał mi pewien sposób. Co ciekawe, stało się to wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że nie kocham. Wiedziałam, że – choć dużo robię – nie kocham. Choć dużo posługuję – nie kocham. A przecież Bóg, gdy stanę przed Nim twarzą w twarz, spyta o miłość. O to, jak kochałam. Nie o to, ile zrobiłam. Zaczęłam modlić się o miłość. I choć na początku spodziewałam się strumienia łaski, który w cudowny sposób wleje we mnie litry miłości, to zobaczyłam, że moja miłość będzie większa, gdy dzień w dzień będę stawać w prawdzie i przyglądać się w lustrze Bożej Miłości.

    Może znasz to uczucie, gdy wchodzisz do księgarni katolickiej i nie wiesz, na którą książeczkę z rachunkiem sumienia się zdecydować, bo widzisz ich przed sobą „tysiąc”. Może nabyłeś umiejętność doskonałej ucieczki od zdania sprawy z tego, jakim człowiekiem dzisiaj byłeś.
Jest taki hymn… Ukochany przez wierzących i pisany na karteczkach dołączonych do kwiatów przez ludzi nie mających z wiarą nic wspólnego. Można go usłyszeć na ślubach. Hymn o Miłości. To właśnie on stał się dla mnie najlepszym rachunkiem sumienia.
Nie może być inaczej, gdy widzę, że… Wszystkie moje talenty, dary, charyzmaty, to nic, gdy nie służy to miłości. Nawet, jeśli oddałam ostatnie grosze, ale nie kochałam – to na nic. Może nawet prorokowałam, śpiewałam językami i zachwycał się tym cały kościół – to na nic, jeśli nie kochałam. A może mocno wierzyłam? Przeniosłam „góry”. To na nic, jeśli nie kochałam. Mogę być męczennikiem i oddać życie, by trafić w mniemaniu ludzi „na ołtarze”, ale wtedy będę nikim. Bez miłości będę nikim. Tak więc, jaka dzisiaj była moja miłość?

Miłość cierpliwa jest…

Czy dzisiaj byłam cierpliwa? Może wyzywałam wszystkich i wszystko dookoła, bo zegarek się pospieszył? A może wszystko chciałam „od zaraz”, bo trudno mi było poczekać minutę?

Łaskawa jest…

Czy dzisiaj byłam łaskawa dla innych? Czy byłam dobra? Czy byłam miłosierna? Czy oceniłam, nie słuchając? Czy skreśliłam, nie pytając? A jak wyglądał mój stosunek do siebie? Czy oskarżałam się i biczowałam? Za wszelką cenę chciałam być idealna, perfekcyjna?

Miłość nie zazdrości…

Doceniałam to, co mam? A może chciałam więcej i więcej? Patrzyłam z zawiścią na tych, którym się powodzi, którzy zrobili coś lepiej niż ja?

Nie szuka poklasku…

Chciałam być tą pierwszą, tą jedyną, tą najlepszą. Nie robiłam, bo kocham, ale robiłam, bo chciałabym, by mnie kochano. Może kradłam chwałę innym? A może kradłam chwałę samemu Bogu? Dlaczego ewangelizowałam? Dlaczego głosiłam? Czy dopuściłam Boga do głosu w swojej posłudze?

Nie unosi się pychą…

Ja, ja, ja…

Nie dopuszcza się bezwstydu…

Byłam skromna? Czy miałam czyste „oczy Jezusa”?

Nie szuka swego…

Mój, moje, moja… =

Nie unosi się gniewem…

Ile dobroci w sobie nosiłam? Czy inni podejrzewali mnie o bycie uczniem Jezusa? A może nawet by się nie domyślili, że mam z Nim coś wspólnego? Czy „strzelałam” nienawiścią? Bombardowałam niechęcią? Chodziłam z tabliczką „NIE PODCHODZIĆ, BO GRYZĘ!”?

Nie pamięta złego…

Ile przeszłości roztrząsałam? Czy żyłam przebaczeniem? Czy patrzyłam na innych ludzi przez pryzmat ich win? Czy pozwalałam Bogu opatrywać swoje rany?

Nie cieszy się z niesprawiedliwości…

Życzyłam dobra lepszym od siebie? A może złorzeczyłam? Cieszyłam się z tego, że „inni mają gorzej… , więc ze mną nie jest jeszcze tak źle”?

Współweseli się z prawdą…
Wszystko znosi…
Wszystkiemu wierzy…
We wszystkim pokłada nadzieję…
Wszystko przetrzyma…

    Czy mój dzień miał z tym coś wspólnego? Niosłam dzielnie swój krzyż? Skarżyłam się? Chciałam wszystko rzucić, bo jest za ciężko? Przestać ewangelizować, bo na to „to się nie umawialiśmy”? Byłam wierna Temu, który zawsze jest wierny mnie?
Po takiej „wędrówce” przez moje serce nie sposób nie powiedzieć: Bez Ciebie, Panie, jestem niczym. Odpowiedź na niemal każde pytanie jest totalnie kompromitująca. Ale to dobrze, bo to miecz prosto w serce dla mojej pychy.
Czy wędrowałeś kiedykolwiek w ten sposób za rękę z Bogiem, przez pustynię lub dżunglę swojego serca? Jeśli nie, może czas wyruszyć na wyprawę swojego życia? Czy kochasz? Często jest niestety tak, że robimy wiele i może wydaje nam się, że Bóg powinien być nam wdzięczny za to, że tak „spalamy się” dla niego. Tylko czy aby na pewno Pan w ogóle cię o to wszystko prosił? Jeśli działasz DLA, a nie jesteś Z, to może się okazać, że stałeś się pracownikiem społecznym, a nie uczniem Chrystusa. Warto zrobić sobie rachunek sumienia z miłości. Jeśli odkryjesz, że jesteś – tak jak ja – cymbałem brzmiącym i miedzią brzęczącą – nie załamuj się, ale zacznij modlić się o miłość.

Panie, naucz mnie kochać.
Spraw, abym na wszystkich i wszystko patrzył z miłością.
Abym nie zazdrościł, lecz kochał.
Abym nie gniewał się, lecz kochał.
Abym był cierpliwy i łaskawy z miłości.
Daj mi jasne spojrzenie serca.
Abym je zanosił tam, gdzie ciemno.
Daj mi pragnienie bycia z Tobą,
Abym stawał się jak TY.
Amen.


Paulina Jurczykowska