Miłość, czy przyzwyczajenie?

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6, 1-6)

Zwykliśmy uważać, że Boga odrzucają ci, którzy w niego nie wierzą. Nie zawsze. Równie zabójcze dla wiary jest przyzwyczajenie. Wtedy przestajemy kochać, unikamy ważnych pytań dla naszych relacji. Jeśli przyzwyczaiłeś się do Jezusa, to taka relacja musi jak najszybciej się skończyć! Jeśli uznasz kiedykolwiek, że wiesz już o nim wszystko, że nie potrzebujesz z nim rozmawiać, wracać codziennie do początku, do pierwszego waszego spotkania- uważaj! Jeśli nie masz w waszej relacji do czego wracać, nic nowego cię interesuje to może okazać się, że tak naprawdę nigdy się nie spotkaliście, a twoja znajomość z Bogiem jest przez to bardzo płytka i wisi na cienkiej nici tradycji, zwyczaju lub rutyny. Nazarejczycy nie widzą w Jezusie nikogo więcej niż swego sąsiada, znajomego z codzienności. A jaka jest różnica jeśli ty nie widzisz w nim nic więcej niż wytworzony kulturowo wzór? Co o nim wiesz? Czy sięgasz po jego słowo? Czy uważasz jego rady i wskazówki za bezcenny skarb? 

Pewien portal internetowy zamieścił artykuł pt. „Miłość czy przyzwyczajenie ?” Autor tekstu przykłada się związkom, próbując odnaleźć w nich źródło kryzysów, wypaleń, bolesnego doświadczenia zmęczenia sobą. Okazuje się, że gdybyśmy prześledzili naszą wiarę według zaproponowanych kryteriów, dostrzeglibyśmy wiele podobieństw. Spróbujemy?

 
Przejdźmy do punktu pierwszego…

  1. SPOTKANIA NIE SPRAWIAJĄ CI JUŻ TYLE RADOŚCI Jeszcze kilka miesięcy temu skakałaś z radości, gdy mieliście się z spotkać i umierałaś z tęsknoty, gdy nie widzieliście się dwa dni. Teraz? Teraz najchętniej umawiałabyś się raz w tygodniu i to jeszcze gdzieś na mieście, żeby uniknąć zbliżeń. 

Wiara zapalona przez żywe doświadczenie Boga, zachęca do tego by trwać silnie na modlitwie, by czerpać jak najczęściej z Eucharystii. Większość z nas wychodzi z poziomu niedzielnej Mszy Świętej, jednak z czasem gaśnie chęć, by praktykować regularnie. Unikamy tego spotkania, lub nie przeżywamy go już z takim zaciekawieniem. Co dalej?

  • NIE DZIELISZ SIĘ Z NIM WAŻNYMI SPRAWAMI  Nie jest pierwszą osobą, do której dzwonisz, gdy ci źle lub chcesz opowiedzieć, jak minął ci dzień. Nie czujesz nawet potrzeby, że wiedział. Zaczynasz mieć coraz więcej tajemnic.

Skoro nie rozmawiasz z Bogiem to znaczy, że zanika w tobie modlitwa. Przestajesz go słuchać, nie interesuje cię to by z nim przebywać na osobności. Ciekawsze są inne układy, sprawy albo po prostu- ty sam sobie wystarczysz. Zamykając się na dialog z niebem, zamykamy sobie dopływ prawdy o tym jak żyjemy. Grzech nas już nie boli, nie przeszkadza i zaczynamy potajemnie się z nim dogadywać za plecami Boga.

  • UNIKASZ ZBLIŻEŃ Zmuszasz się do pocałunków, przytulanie cię stresuje

Dla nas bliskość, jaką możemy poczuć w relacji z Bogiem to sakramenty. Wtedy jesteśmy najbliżej. Przyjmując ciało Chrystusa do siebie, dotykamy go najsilniej jak się da. Dotyk jego czułego miłosierdzia przychodzi przez wypowiedzenie mu swoich słabości, najintymniejszych poruszeń serca. Smutne gdy osoba wierząca zmusza się do spowiedzi, lub czyni to z od święta, podobnie jak przyjmowanie Komunii Świętej.

No to punkt 4… 

  • UNIKASZ JAKICHKOLWIEK DEKLARACJI „Będę z tobą”, „Tęsknię”, „Kocham Cię” – nie pamiętasz, kiedy ostatni raz te słowa padły z twoich ust. Aha, nie mówisz tego, bo po prostu tego nie czujesz.

Tak samo jak wielu z nas. Przestajemy tęsknić za Bogiem, całymi tygodniami opuszczamy Mszę z lenistwa, modlitwa? Nawet nie pytaj. Przecież Bóg wie, co niedzielę to samo… Nie chcemy się określać czy przyjdziemy za tydzień, czy znajdziemy czas dla Jezusa, stajemy się coraz bardziej asekuracyjni, zmęczeni wiarą. To nie idzie w dobrym kierunku…

  • WYTYKASZ KAŻDY, NAWET NAJMNIEJSZY BŁĄD Nawet jeśli wiesz, że to błahostka, robisz dziką awanturę, żeby mieć później, co wypominać. I wtedy chyba czas już się rozstać…

Pod koniec wszystko zaczyna być dobrym powodem by odejść. Bo to księża tacy a to w telewizji powiedzieli a to ta kobieta a to ten pan przede mną i za mną… Każdy powód jest dobry i słuszny by nie przyjść. Może za tydzień, miesiąc, rok… Wytykamy Bogu, że go nie ma, że mamy ciągle źle, bo gdyby był to wszystko byłoby świetnie. 

Na koniec uważaj! Jeśli doszedłeś do tego punktu to nie powód żeby odrzucić wiarę! To czas by zacząć kochać! Czas się obudzić, by nasza relacja z Bogiem nie stała się nigdy oschła i  wycofana. Nie daj zabić w sobie miłości do Miłości. 

A jeśli masz już w swojej wierze się do czegoś przyzwyczaić…

… to tylko do tego, abyś nigdy się nie przyzwyczajał!

ks. Adam Kiermut